Kategorie: Wszystkie | Aktualnoci | Szczecin w moich marzeniach
RSS
środa, 07 października 2009
JEST PROJEKT CENTRUM DIALOGU "PRZEŁOMY"

Kilka dni temu przeczytałem w Gazecie Wyborczej, że ogłoszono wyniki konkursu architektonicznego na projekt Centrum Dialogu „Przełomy”. Zwyciężyła praca zespołu Promes z Katowic pod kierownictwem Roberta Koniecznego.

To, co najważniejsze wtym projekcie, to fakt iż pozostawia on niemal cały plac do dyspozycji mieszkańców. Obiekt bowiem umieszczono... pod ziemią. Jestem pod wrażeniem, bo dowodzi to odwagi nie tyle architektów, co jury i mam nadzieję, że pójdzie w ślad za nią odwaga władz miasta w realizacji tak zaplanowanego przedsięwzięcia. Wreszcie zaczyna się nam wyłaniać niesztampowe śródmieście. Filharmonia i „Przełomy” będą z pewnością poprzeczką, do której zechca równać inni. Nie zawsze z najlepszym wynikiem, ale z pewnością inaczej. I to jest najważniejsze. Plac Solidarności. Dość niespodziewanie ma szansę wykreowac się na swego rodzaju centrum miasta. Dobrze, bo to znakomity łącznik pomiędzy Wałami Chrobrego, a resztą śródmieścia. Warto wspomnieć, że zupełnie niedaleko znajduje się bliska ukończenia budowa cerkwi – świątyni w pewnym sensie egzotycznej w tej części Polski i Europy. Ja pamietając atmosferę cerkwi widzianych na Ukrainie z pewnością tam zajrzę. I myślę, że wielu mieszkańców oraz turystów także. Robi się ciekawie w tej okolicy.

Wracając jednak do Placu Solidarności. Zacytuję raz jeszcze wypowiedź, którą umiesciłem we wczęsniejszym wpisie na tym blogu:

- W naszym mieście jest sporo pustych budynków i wolnych przestrzeni, nie rozumiem, dlaczego władze uparły się, żeby zabudowywać akurat plac Solidarności – mówi Józef Ignor, przewodniczący KNSZZ „Solidarność” na Pomorzu Zachodnim.

Dopiero teraz, po obejrzeniu makiety zwycięskiego projektu widać całe pieniactwo oraz grozę takiego myślenia. Zaadoptować pusty budynek albo wstawić gdzieś plombę – oto ideał Szczecina XXI wieku, do którego dążą niektórzy. Całe szczęście, że nie mieli wystarczającej siły przebicia.

Podoba mi się, że plac ów zacznie tętnić życiem. Ci, którzy twierdzą, że beszcześci się miejsce pamieci i Anioła, walczą przeciwko sobie. Bo ten projekt właśnie sprawi iż plac ten stanie się miejscem spaceru Szczecinian, żelaznym punktem każdej wycieczki. Ci, którzy przyjadą do naszego miasta, na pewno zajrzą do muzeum, a jeśli już tam przyjdą, to znajdą chwilę by przyjrzeć się Aniołowi, przeczytać tablicę z nazwiskami ofiar Grudnia, zobaczyć w każdym z nich pojedyńczy, nieanonimowy dramat każdej z rodzin. Czy nie o taką pamięć nam chodziło? Ilu turystów przychodzi pod pomnik obecnie? Na pewno nie więcej niż będzie po zakończeniu budowy. I czyż nie będzie jakimś symbolem to miejsce gdzie dzieciaki być może będą jeździć na rolkach, starsi siadywać na ławeczkach, przytulać się zakochani, spoglądając przy okazji na imiona tych, do których między innymi na tym placu kiedyś strzelano. Czy nie za taką, radosną i ciepłą wolność polegli?

Gratuluję zwycięzcom, jury i licze na to iż władze miasta dopilnują by terminy budowy zostały dotrzymane.

Na koniec nieco prywaty. Kiedy przyglądam się zwycięskiemu projektowi, nie mogę uwierzyć, że myślałem podobnie. Zacytuję więc nieskromnie siebie samego z czerwca bieżącego roku (wpis p.t. „Kłopoty z Aniołem”): muzeum ma mieć 1200 metrów kwadratowych powierzchni. To nie jest jakaś ogromna połać. Tym bardziej, że n.p. jedną z kondygnacji zapewne bez problemu możnaby upchnąć pod ziemią.  Dalej pisałem o tym, że fajnie by było gdyby taka podziemna budowla tworzyła zarazem podziemne przejscie z Alei Kwiatowej na Plac Solidarności. Dzięki temu powstałby piekny ciąg spacerowy – kontynuacja Złotego Szlaku bez konieczności zatrzymywania się na swiatłach ruchliwego skrzyżowania .

Może do końca tak nie będzie, ale zapowiada się świetnie.

 

Charleston, 07.10.2009; 00:20 LT

WIEŻA, WIEŻA I PO WIEŻY

Szczeciński dodatek Gazety Wyborczej z 5 października donosi:

Wieżę miasto postanowiło zabrać prywatnej spółce KTW Bismarck. Zaapelowało do sądu o unieważnienie zawartej osiem lat temu umowy. Powód: spółka nie wywiązała się z obietnic - zabytek miał zamienić się w obiekt gastronomiczny i turystyczny, a tak się do tej pory nie stało. Właściciele tłumaczyli miastu, że nie mają pieniędzy. Sąd nie zgodził się na unieważnienie umowy. Powołał się na prawo własności, zaś kluczowym argumentem okazał się fakt, że podpisując osiem lat temu umowę, miasto nie określiło do kiedy w wieży Bismarcka ma powstać knajpka.

No i już obeszliśmy się smakiem. Z tego wynika, że tak na dobrą sprawę wieżę mógł sobie kupic każdy kto miał dostęp do gotówki (n.p. kredyt) i za cenę domku albo dużego mieszkania (w tamtych czasach, bo dziś te pieniądze są jeszcze mniej warte) stac się posiadaczem atrakcyjnie położonej nieruchomości. Posiadaczem bez żadnych zobowiązań.

Coraz mniej dziwi mnie zapaść tego miasta na tle innych metropolii. Można się spierać o rozmaite sprawy, uznawać pomysły za trafione lub nie, kierunki rozwoju mniej lub bardziej słuszne – ile zarządów tyle koncepcji. To jest normalne. Normalne i niepodważalne jest jednak także to, że bez względu na koncepcje i polityczne sympatie procedury załatwiania pewnych spraw są niezmienne. Do nich należy podpisywanie umów. Jeżeli ktoś podpisując w imieniu miasta ważny dokument nie zwraca uwagi na jedną z podstawoych rzeczy, jaką jest okereślenie terminu zobowiązań kontrahenta to w grę wchodzą w zasadzie tylko dwie rzeczy:

- kompletna ignorancja i brak kompetencji do pełnienia takiej pracy

- korupcja, czyli podpisanie złego dokumentu z pełną świadomością konsekwencji i pewnością, że i tak w tym całym bałaganie nikt nic nikomu nie będzie mógł zrobić.

Smutne.

Nie, nie smutne. Przerażające.

Charleston, 06.10.2009; 22:20 LT

wtorek, 06 października 2009
WAŁY CHROBREGO INACZEJ

Lubię czasem puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie nasze miasto inne niż dziś. Są to wizje mnie lub bardziej realne (częściej mniej), ale z marzeniami tak już jest, ze kosztują niewiele, więc dlaczego się nie pobawić? Od czasu do czasu zapisze to i owo. Kto wie, może kiedyś się spełni? Wtedy będę mieć czarno na białym, że ja już dwadzieścia lat wcześniej o tym pisałem.

Na początku coś co nie daje mi spokoju od dawna, a budzi żal gdy widzę jak spełnia się w innych miastach. Tunel.

Taki Sopot na przykład. Miał problem, bo główny deptak, Monciak, odcinała od morza ruchliwa ulica Grunwaldzka, więc potok pieszych (a latem jest to prawdziwy tłum) co minute lub dwie zatrzymywany był czerwonym światłem, by przepuścić samochody. Co mozna było zrobić? Przepędzić samochody z miasta? Walka z wiatrakami. Można było poprowadzić ulicę jakąś okrężną trasą a okolice plaży zostawić turystom. W Sopocie jednak nikt nie poszedł na łatwiznę. Zrobiono głęboki wykop, wpuszczono do niego ulicę, a nad nim spaceruja sobie teraz wczasowicze, zapominając o jakimkolwiek ruchu pojazdów.

Ilekroć w Szczecinie organizuje się nad Odrą wielka imprezę, pojawia się problem zamknięcia ulicy Jana z Kolna. Na dobrą sprawę nic rozsądnego nad rzeką zrobic się nie da, bo miasto jest od niej ową arterią odcięte. Pojaiwają się głosy by wzorem przedwojennego miasta przepędzic stamtąd auta. Moze to i racja, ale właśnie wystarczy tymczasowe zamknięcie tej ulicy, by miasto zaczynało się korkować. Prawie cały ruch do pólnocnych dzielnic miasta przejmuje wtedy ulica Matejki. Odciąża ją trochę al. Wyzowlenia. Obydwie przecinają wiele głównych ulic, więc na tych dużych skrzyżowaniach tworzą się korki.

A gdyby tak zrobić głęboki wykop wzdłuż rzeki? Mógłby się zaczynać gdzies w okolicach ulicy Storrady, a kończyć przy ulicy Wyszaka. Nie musiałby byc zresztą bardzo głęboki. Sklepienie takiego przykrytego tunelu mogłoby się znajdować gdzieś na poziomie obecnej fonatnny. Niwelując odpowiednio dolne fragmenty skarp (między serpentynami ulic Komandorskiej oraz Admiralskiej a Jana z Kolna uzyskanoby ogromnej wielkości plac ciągnący się przez całą długość Wałów chrobrego od ich stromych skarp aż po Odrę. Znajdowałby się on na poziomie fontanny, więc do samej rzeki, na wysokości nabrzeża moogłyby prowadzić schody. Oprócz funkcji komunikacyjnej pełniłyby zarazem rolę amfiteatru. Z pewnością wiele ludzi siadywałoby wprost na stopniach by kontemplowac widoki, tak jak dziś siadają na schodach w okolicy Centaura. Na ten ogromny plac oprócz centralnych schodów przy fontannie prowadziłyby zamienione w trakt pieszy wspomniane wczęśniej ulice Komandorska i Admiralska. Ponieważ plac znajdowałby się na równi z fontanną, ulice te nie dobiegałyby aż do niej lecz łączyłyby się z placem mniej więcej w połowie długości owych stromych skarp. Taki ogromny plac nad samą rzeką wraz z tarasami Wałów Chrobrego tworzyłby wielką, przyjazną ludziom przestrzeń, bijac na głowę warszawski Plac Zamkowy czy nawet krakowski rynek.

Oczywiście taki plac nie pozostałby pusty. Znalazłoby się tam miejce na odpowiednio wkomponowaną zieleń, jakieś ławeczki, rzeźby, fonatnny, może jakieś nieduże kafejki. Większa gastronomia mogłaby znajdowac się w podziemiach, bo przeciez nie jest powiedziane, że ów plac musiałby byc płaski i równy jak stół. W podziemiach na pewno powinny się znajdowac toalety. Dużo toalet, by raz na zawsze pozbyć się konieczności ustawiania plastikowych wychodków podczas koncertów czy pokazów.

Dziś na imprezy organizowane na Wałach Chrobrego dojechać nie sposób Ulice pozamykane, więc i komunikacja miejska omija ten teren szerokim łukiem. Własnie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna. Ulica wpuszczona w tunel rozwiązuje te problemy. „Szóstka” mogłaby mieć przystanki nawet i tuż przy centralnej fontannie. Ulokowane pod ziemią nie przeszkadzałyby nikomu, a ludzie z przystanków wychodziliby schodami wprost na plac. I odwrotnie. Wprost z placu, schodząc po schodach w dół, mogliby odjechać tramwajem do domu. Nie muszę dodawać, że podczas takich n.p. Dni Morza, tramwaje zwiększałyby częstotliwość swojego kursowania, a nie byłyby rugowane z tego rejonu, jak to się dzieje obecnie.

Myślę, że taki plac zamknąłby raz na zawsze sprawę braku rynku, czy innego centralnie położonego miejsca spotkań mieszkańców miasta. Nie byłoby lepszego miejsca na wszelkie masowe imprezy niż to. Prawie nikomu nie przeszkadzałaby głośna muzyka, bo w poblizu niewiele jest domów mieszkalnych. Komunikacja miejska zapewniałaby łatwy dojazd, a po zabudowaniu Wyspy Grodzkiej i Łasztowni, centralne położenie tego miejsca nie ulegałoby wątpliwości.

I tylko konserwator zabytków mógłby mieć obiekcje, że to ingerencja w zabytkową zabudowę. Tyle tylko, że gmachów ani fontanny nikt by nie ruszył. Zmienionoby tylko dolne skarpy. Moze warto pokusić się o te odrobinę odwagi? Gdyby Hermann Haken jej nie miał, pozostawiłby na swoim miejscu zabytkowe forty zamiast budować dumę miasta nazywaną dziś Wałami Chrobrego.

Pacyfik, 16.09.2009; 22:00 LT

czwartek, 01 października 2009
SKWERY

Wokół budynku, w którym mieszkam od kilku lat funkcjonuje skwerek. Powstał dzięki grupce ogrodników-hobbystów. Nie wiem czy ci ludzie mają działki, czy nie. W każdym razie wiele czasu wolnego spędzają na pielęgnacji owych zieleńców. Efekt jest piękny w porównaniu z klepiskiem, które istniało przedtem. Chcociaż muszę stwierdzić, że nie zawsze wszyscy się z nimi zgadzaliśmy. Kiedy zaczęli grodzić teren pod owe skwerki (wiadomo, że dzieciom wstęp wzbroniony), ustawiać tabliczki o zkazie gry w piłkę, na zebraniach wspólnoty wyciągać ręce po fundusze na rośliny, płotki, farbę kosztem rozmaitych innych, pilnych potrzeb, często dochodziło do burzliwych dyskusji. Nie ulega jednak wątpliwości, że dzięki nim mieszkamy ładniej.

Patrzę na skwerki utrzymane przez miasto. Z wielu z nich możemy byc dumni. Spacer ulicami tak przyozdobionymi to przyjemność.

Irytują mnie jednak liczne, zielone wysepki zapomniane przez Boga i ludzi mimo, że tysiące z nas mija je każdego dnia. Już nawet nie zwracamy uwagi na te klepiska, z dziko rosnącą trawą, z rzadka albo wcale nie koszoną.

Tylko w rejonie Placu Żołnierza, gdzie akurat wybrałem się z aparatem takich „dzikich” placyków znalazłem co najmniej kilka. I nawet rozumiem poniekąd tę dzikość i zapomnienie ze strony miasta. Miasto zajmuje się większymi skwerami, dba o wyglad tych bardziej reprezentacyjnych. Zapewne nie ma ani środków, ani ludzi, zeby zająć się każdą połacią zieleni o powierzchni kilku czy kilkunastu metrów kwadratowych. Jest ich przecież bez liku.

Przyszło mi do głowy, że może by tak pogodzić niewątpliwe potrzeby miasta w tym zakresie z potrzebami samorealizacji takich ogrodników-zapaleńców? Chociażby tytułem eksperymentu. Miasto mogłoby zinwentaryzować takie „dzikie”kawałeczki gruntu i... nieodpłatnie je wydzierżawić. „Nieodpłatnie” obowiązywało by obie strony, To znaczy miasto nie wzięłoby ani grosza za tę dzierżawę, a hobbyści nie domagaliby się zapłaty ani funduszy (chyba, ze miasto samo znalazłoby jakieś niewielkie kwoty w budżecie na wsparcie). Może jedynym zobowiązaniem byłoby ustawienie niewielkich tabliczek, że dany skwerek jest pod opieką (tu imię i nazwisko „dzierżawcy”) – ot taka cicha satysfakcja dla ogrodnika amatora a zarazem bodziec do rywalizacji z innymi.

Nie wierzę, że te drobne kawałki gruntu, które widać na zdjęciach poniżej zostaną rozsądnie zagospodarowane w najbliższym czasie.

  

  

Niektóre z nich nie mają chyba nawet dziesięciu metrów kwadratowych powierzchni. Idę o zakład, że miejscy, etatowi ogrodnicy nawet nie wiedzą o ich istnieniu. Jeżeli więc i taki nic się nie będzie działo, to może spróbować? Oddać emerytowi-hobbyście na dwa lata. Zamiast nudząc się na ławce i „zabijać czas” karmieniem gołębi, mógłby znaleźć fajniejsze zajęcie i satysfakcję. Ktoś, kogo stać może stworzyłby miniaturowy skalniak. Inny posadziłby tylko trochę bratków. Każda, najmniejsza nawet aktywność byłaby lepsza niż trzymanie tej ziemi odłogiem.

Jest jeszcze coś ważniejszego od być może samych kwiatów. Takich miejsc, jak wspomniałem jest wiele. Zakładam, że w czetrystustysięcznym mieście znajdzie się kilkadziesiąt, a może i sto osób, które byłyby zainteresowane taką formą aktywności. Oni mają rozdziny, sąsiadów, tamci mają przyjaciół, którzy pokazywaliby: „o, to jest skwerek mojego sąsiada, mojej babci, wujka, kolegi i.t.d.”. Te mikroskopijne kawałki miasta przestałyby byc anonimowe. Ludzie zaczęliby się z nimi identyfikować. A jeżeli z nimi, to może...

Dlaczego nie spróbować? To przecież żaden koszt. Ryzykujemy tylko to, że najwyżej się nie uda.

Pacyfik, 16.09.2009; 07:30 LT

 

 

 

 

 

czwartek, 09 lipca 2009
WIEŻA BISMARCKA - WALKA O POWRÓT DO PUNKTU WYJŚCIA

Jak podaje lokalny dodatek Gazety Wyborczej http://miasta.gazeta.pl/szczecin/1,34939,6794764,Do_sadu_po_Wieze_Bismarcka.html

Miasto wystąpi do sądu o „rozwiązanie umowy użytkowania nieruchomości” z przedsiębiorcą, któremu  sprzedano obiekt w 2001 roku.

Wieża Bismarcka doskonale wpisuje się w ów fatalny ciąg przykładów niemożności jaki jest udziałem Szczecina. Trudno powiedzieć, czy to pech, nieudolność władz, czy korupcja dręczą to miasto od lat, ze na palcach można policzyc inwestycje z sukcesem i zgodnie z zamierzeniami przeprowadzone od poczatku do końca.

Niezwykle atrakcyjna działka po „grzybku”, cos co powinno sprzedać się jak świeże bułeczki, owszem znalazła nabywcę, lecz najwyraźniej od poczatku bardziej nastawionego na spekulację gruntami niż na rzeczywiste inwestycje. Cud, że to samo konsorcjum, które stało się właścicielem kamienicy na rogu Al. Jan Pawła II i Piłsudskiego zdecydowało się przynajmniej odświeżyć jej elewację. Kiedyś przynajmniej istniała tam przychodnia. Pacjentów i lekarzy przepędzono, a w budynku od kilku lat straszy.

Dziwny inwestor z dalekiej RPA miał wielką ochotę na grunty lotniska w Dąbiu i lini brzegowej jeziora. Ówczesne władze parły do tej transakcji jak ćma do światła. Cud, że udało się zbiorowym wysiłkiem dziennikarzy, zwykłych obywateli i radnych do niej nie dopuścić. Jest to jeden z przykładów społeczeństwa obywatelskiego. Nagłośnion zagrożenia, mnożono przykłady niewiarygodności firmy aż w końcu władza znalazła się w sytuacji, kiedy cała odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie spadłaby na jej barki – nie można byłoby tłumaczyć się niewiedzą i działaniem w dobrej wierze.

Czy ktoś jeszcze pamięta park rozrywki „Fantazja”? Co prawda to nie Szczecin lecz region, ale scenariusz podobny. Szumne deklaracje i... cisza.

Zresztą co ja tu wypisuję o handlu i rozrywkach. Przeciez nawet cmentarz przy ulicy Bronowickiej rodzi się w takich bólach, że patologiczne ciąże kończone cesarką to przy nim pikuś. A wydawałoby się, ze nie ma nic prostszego niż zaprojektować w szczerym polu park, zbudować kaplicę, drogi dojazdowe i parkingi. Nie mówimy przecież o żadnych drapaczach chmur. Były projekty, konkursy, zastanawiano się który lepszy (sam brałem udział w głosowaniu), a skończy się zapewne jak zwykle na prowizorce.

O deptaku gwiaździstym nie wspomnę, bo zamiast go zbudować, dyskutować będą o nim pewnie jeszcze przyszłe pokolenia. Póki co, od lat działa jego jedno jedyne ramię – Deptak Bogusława, który wykazał, że miasto nie ma kompletnie pomysłu na jego zagospodarowanie i jest jednym z nielicznych w Polsce, a może i na świecie, które pozwoliło zawładnąć wandalom i zdewastować coś, co miało być reprezentacyjnym, tętniącym życiem punktem i obowiązkową trasą spacerów. Pomijając bywalców pubów w weekendowe wieczory i noce, trudno znaleźć ludzi, którzy uznaliby to miejsce za swoje ulubione. Takie, gdzie idą tak, po prostu, na spacer, bez celu.

Nawet tak skazana na sukces inwestycja jak „nowa starówka” – hit ostatnich lat w zaniedbanych przez komunę polskich miastach, w Szczecinie się nie przyjęła. Rozgrzebana budowa odstrasza turystow zamiast przyciągać.

Nie będę wyliczać dalej. Dobrze, że miasto upomniało się w końcu o swoje jeśli chodzi o Wieżę Bismarcka. Szkoda, ze dopiero po ośmiu latach, co zważywszy na nierychliwość polskich sądów gwarantuje niemal pewne dziesięć straconych lat. Trzeba jednak walczyć. Nie można dopuszczać, by miasto żyło jedynie papierowymi wizjami. Może wczesniej niż wieżę, uda się zagospodarować teren po „grzybku”? To byłby precedens i czytelny sygnał, że krętactwom tutaj pobłażać się nie będzie.

Tyle tylko, że wygrana rozprawa z dotychczasowym dzierżawcą to w zasadzie żaden sukces. To zaledwie powrót do stanu z 2001 roku. I nawet w artykule pada wypowiedź, ze „potem się zasatanowimy”. No właśnie. Ile będzie trwać zastanawianie się? Doświadczenie uczy, że czasem bardzo długo. Zwlaszcza jeśli gdzieś w perspektywie pojawią się wybory. A jeśli już wybierzemy, to jaką wersję? Widziałem zdjęcia wieży z czasów przedwojennych. Piękne widoki. Pamietam swoje pierwsze wycieczki w tamtą okolicę. Tak samo wspaniała panorama Odry, Jeziora Dąbskiego, miasta w tle. I pamiętam te późniejesze wypady, kiedy widać było już coraz mniej, bo teren porastał dzikim lasem. Jestem niemal pewien, ze nikt za żadne skarby nie zgodzi się na świętokradztwo w postaci wycinki paru drzew, by przywrócić jedną z najważniejszych ról tego miejsca: punktu widokowego. Nie zgodzi się,m tak samo jak nie zgodzono się na wycinke samosiejek, które wskutek niechlujstwa gospodarzy porosły przez lata zamkową skarpę i skutecznie teraz jeden z symboli Szczecina zasłaniają. Podobnie jak zasłaniają Odrę inne samosiejki, poniżej skarp Wałów Chrobrego, co irytowało chociażby podczas Tall Ship Races 2007.

I co oprócz punktu widokowego? Wokół rozciągają się przepiekne wzgórza z meandrującym wśród nich potokiem, czerwieniącymi się jesienią bukami, scieżkami, którym tylko trochę więcej troski poświęcić... Komunikacja już jest (pętla szóstki), jest marina, restauracja „Jachtowa” wraz z hotelem. Trzeba uporządkowac teren, oświetlić przynajmniej główny szlak, by nie było nie lada wyzwaniem wyjście na punkt widokowy wieczorem (wiadomo, że położone nad Odrą dzielnice nie cieszą się dobrą sławą), a w samej wiezy lub gdzieś w pobliżu zapewnić możliwość wypicia herbaty, kawy, kupna jakichś szczecińskich gadżetów... O przystani białej floty nie będę pisać bo zabrzmi jak urojenia gorączkującego, chociaż osiemdziesiąt lat temu wydawało się czyms normalnym.

Jiangyin, 09.07.2009; 20:05 LT

 

wtorek, 07 lipca 2009
W SZCZECINIE POGODA I WYPADKI

Przeglądam rozmaite loklne serwisy, żeby być na biężąco z tym, co w Szczecinie się dzieje i zastanawia mnie polityka informacyjna portalu „Głosu Szczecińskiego”. Na stronie, gdzie znajdują się wiadomości z miasta – najświeższe i archiwalne, mamy na przykład w chwili obecnej takie tytuły:

(nie zawracaj sobie głowy czytelniku ich studiowaniem – zwróć jedynie uwagę na proporcje między tymi pisanymi normalną czcionką, a tymi kursywą)

- Wypadek na ul. Ofiar Oświęcimia. Koparka przygniotła robotnika. 26-latek ma  zmiażdzżoną stopę.

- Pogoda nad morzem. Upał w Pobierowie

- Goleniów: wspaniała pogoda na wieczorny spacer

- Pogoda nad morzem: bezchmurny zachód słońca nad Zalewem Kamieńskim

- Szczecin: pogoda w kratkę. Zanosi się na deszcz.

- Pogoda nad morzem: Świnoujście znów w słońcu.

- Pogoda nad morzem: Świnoujście. spadł ciepły deszcz.

- Przed nami tydzień deszczu. Potem upały przez całe lato.

- Pogoda nad morzem Świnoujście się zachmurzyło.

- Wałcz. Po jarmarku kierowcy jeździli pijani.

- Szczecin Europejską Stolicą Kultury. Wybrano logo.

- Pogoda: Goleniów. Zrobiło się gorąco.

- Pogoda nad morzem. Prognoza na wtorek

- Pogoda nad morzem: W Świnoujściu na plaży jeszcze słonecznie.

- Pogoda nad morzem: Ciepły poranek w Świnoujsciu.

- Pogoda nad morzem: Trzęsacz bez chmur.

- Niemiecki kierowca przejechał przechodnia.

- Szczecin. Nowy basen ma już dno.

- Pogoda nad morzem: W poniedziałek więcej chmur

- Pogoda nad jeziorami: mżawka i ciepło.

- Pogoda nad morzem: prognoza na poniedziałek

- Szczecin. Pogoda się zepsuła. Lunął deszcz.

- Nowogard. Zanosie się na burzę.

- Pogoda:  W Szczecinku popadało i wyszło słońce.

- Nowogard. Pogoda nad jeziorem jest przyjemna.

- Pogoda. Nad Miedwiem chmury.

- Imprezy z okazji urodzin Szczecina

- Świnoujście: pogoda nad morzem coraz lepsza.

- Szczecin. Wybuch na terenie szpitala w Zdrojach.

- Świnoujście:  nad morzem pogoda do rekreacji ruchowej.

- Pogoda nad morzem:  W Świnoujściu pokropiło.

- Goleniów. Pogoda gorsza niż wczoraj.

Na trzydzieści dwa linki do artykułów dostępne na stronie poświęconej Szczecinowi, aż dwadzieścia pięć (tych pisanych normalną czcionką) dotyczy pogody (i to bynajmniej nie tylko w Szczecinie). Gazeta, która ma ambicję być czołowym dziennikiem regionu sama siebie zredukowała do rangi biuletynu pogodowego.  Powtarzam raz jeszcze: to nie jest zakladka p.t. „Pogoda”, lecz „Szczecin”. Rozumiem, że sezon ogórkowy, ale żeby aż tak zjechać w dół z poziomem? Prosta droga do samounicestwienia. Z jedynych siedmiu informacji, które pogody nie dotyczą, dwie to newsy, które przed laty mogły liczyć co najwyżej na krótką wzmiankę w „kronice wypadków” na ostatniej stronie. Przygnieciona stopa robotnika i przejechany (przez, o zgrozo, Niemca)  przechodzień  to tematy owych linków. Z całym szacunkiem i współczuciem dla ofiar wypadków, czy to naprawdę wszystko godne uwagi, co dzieje się w mieście?

Blisko 85% artykułów traktuje o pogodzie i wypadkach (przynajmniej tak wynika z linków). Jeśli życie miasta, które aspiruje do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury jest takie jak opisuje „Głos”, to robi się wstyd.

Jiangyin, 07.07.2009; 07:25 LT

LOGO WYBRANE

W konkursie na logo Szczecina, miasta kandydata ESK 2016 zwyciężyło „słoneczko”. Nie był to mój typ. Wolałem wersję z mapą Europy i kolorystyką nawiązującą do idei „Floating Gardens”. Zwycięski znaczek kojarzy się z gwiaździstymi rondami, które są wyrózniają Szczecin na tle innych miast i to jest akurat jego zaleta.

Dobrze, że logo jest. Nie przeceniałbym jednak jego roli. To nie ono zadecyduje, komu zostanie powierzona rola Europejskiej Stolicy Kultury.

Jiangyin, 07.07.2009; 06:50 LT

 

czwartek, 02 lipca 2009
SZCZECIN EUROPEJSKĄ STOLICĄ KULTURY 2016

Głos Szczeciński z dnia 1 lipca zamieszcza informację o finale konkursu na logo Szczecina jako Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Nalezy wybrac jeden z trzech, które zakwalifikowały się do decydujacej rozgrywki.

Byc może trzeba mierzyć siły na zamiary. Ba! Jestem przekonany, że warto. Gdyby jedynie rozsądkowi ufać na pewno nadal żylibyśmy marzeniami o Euro 2012, bo kto stawiał na Polskę i Ukrainę gdy zgłaszali się chetni do zoragnizowania tej imprezy? Podobnie Szczecin mógłby okazać się czarnym koniem wyścigu do prestiżowego tytułu za lat kilka. A jednak... coś mi mówi, że to wysiłek z góry skazany na niepowodzenie.

Szczecin niestety nawet na kulturalnej mapie Polski nie łapie się do czołówki. Niewiele mamy muzeów, niewiele teatrów, filharmonia póki co wciąż kątem w budynku Rady Miejskiej... Nie mamy też wielkich tradycji. Lecz co najgorsze, nie mamy również pomysłu.

Lillehammer, malutkie norweskie miasteczko, które nie mogło się równać z tuzami sportów zimowch wygrało swój wyścig o prawo organizacji igrzysk olimpijskich w 1994 roku czyniąc z pozornej wady swój atut. Oświadczyli, że w dobie megalomanii, gdy każda następna impreza bije rekordy poprzedniej, oni zorganizują olimpiadę kameralną.

Tak mógłby postąpić Szczecin. Skorzystać z renty geograficznej, że Bałtyk tuż tuż, że Skandynawia za wodą, że Niemcy widać chociażby z „Cafe 24”, że Odra niesie wody z Czech.... Miasto żyjące z wody, miasto na pograniczu, miasto gdzie przez wieki mieszały się wpływy polskie, szwedzkie, pruskie, w znacznej mierze unicestwione wskutek dziejowej zawieruchy, miasto rozkwitające na nowo jako miejsce gdzie stapiają sie wpływy wschodu i zachodu, północy i południa...

To tylko przykład. Jestem przekonany, ze gdyby wzięli się za to specjaliści, wymysliliby coś znacznie lepszego.

Ja jednak odnoszę wrażenie, że Szczecin poza samym gorącym pragnieniem by stolica kultury w 2016 roku zostać, tak naprawdę nie bardzo wie, co chce zaproponować. Nie ma pomysłu na owo przewodnictwo. Myślę, że to przedwczesny wyścig. Szczecin ma mnóstwo innych zalet i może z powodzeniem organizować wiele rozmaitych imprez. Zamiast więc wydawać pieniądze (chyba zresztą niezbyt wielkie) na przegrany na starcie wyścig, może warto przeznaczyć je na dofinansowanie właśnie jakichś kulturalnych przedsięwzięć, które byc może stworzą podwaliny pod image miasta jako naprawdę prężnego ośrodka kulturalnego? Coś co pozwoli wystartowac do podobnego wyścigu za ileś tam lat z pozycji faworyta, a nie ubogiego krewnego.

Jedną z takich propozycji mógłby być zakończony niedawno Szczecin Rock Festival, o ile nie okaże się sezonową efemerydą przeniesioną w inne miejsce zgodnie z kaprysem Eski albo jej sponsorów. Można by też po latach zacząć odcinac kupony od wizji Floating Gardens o ile nie pójdzie w zapomnienie i można będzie się pochwalić pierwszymi osiągnięciami.

Na logo jednak zagłosowałem. Cuda przecież się zdarzają, czego Szczecinowi i sobie z całego serca życzę.

Jiangyin, 02.07.2009

 

sobota, 27 czerwca 2009
KŁOPOTY Z ANIOŁEM

Jak donosi “Kurier Szczeciński” z 24 czerwca http://www.kurier.szczecin.pl/Art.aspx?a=23404, W najbliższych dniach ma zostać ogłoszony konkurs na projekt Centrum Dialogu „Przełomy”, które stanie na pl. Solidarności w Szczecinie.(…)” Konkurs „zostanie rozstrzygnięty we wrześniu. (...)  Wiadomo, że ma mieć 1200 m kwadratowych powierzchni, a architekci biorący udział w
konkursie zostaną zobligowani do tego, żeby w swoich projektach uwzględnili
bliskość Anioła Wolności oraz przyszłej siedziby filharmonii. Dopóki nie
zostanie rozstrzygnięty konkurs, trudno mówić, w jaki sposób szczecińskie przełomy - przede wszystkim strajki, ale także na przykład wysiedlenie Niemców - zostaną pokazane. Na razie wiemy, że obiekt ma być „nowoczesny” i „multimedialny”.

Już się ucieszyłem, bo Szczecin nadmiarem muzeów nie grzeszy, a już o tych nowoczesnych, poza niektórymi ekspozycjami w budynku przy Wałach Chrobrego, może tylko pomarzyć. W dalszej części artykułu pojawiają się jednak wątki niepokojące, ponieważ „część szczecinian, m.in. członkowie stowarzyszenia „Grudzień 70 - Styczeń 71” czy „Solidarności 80” - protestuje przeciwko lokalizacji centrum.

- W naszym mieście jest sporo pustych budynków i wolnych przestrzeni, nie rozumiem, dlaczego władze uparły się, żeby zabudowywać akurat plac Solidarności – mówi Józef Ignor, przewodniczący KNSZZ „Solidarność” na Pomorzu Zachodnim. – To miejsce ma wyjątkowe znaczenie dla ofiar i rodzin Grudnia 70. Stawianie pawilonu, który zasłoni Anioła Wolności, odbierze temu miejscu symboliczny wymiar. Nie rozumiem, dlaczego podjęto decyzję o tej lokalizacji bez żadnej konsultacji z ofiarami Grudnia.

Uuuu! To szybko tego muzeum mieć nie będziemy. Konkurs konkursem, ale od niego do realizacji droga daleka. Najlepszym przykładem jest sam Anioł Wolności, urodzony w bólach i mękach straszliwych, po ogłaszaniu kolejnych konkursów, wyłanianiu zwycięzców i zlecaniu projektów innym. O jego historii moznaby książkę napisać. Projektów pomników było wiele, wybrano taki jaki wybrano, ale ja się cieszę, że w ogóle powstał. Doszło bowiem do żenującej sytuacji, że nawet w wolnej Polsce, kiedy już można było, Szczecin jako bodaj jedyne miasto z tych otwarcie przeciwstawiających się kiedyś reżimowi, nie potrafił upamiętnić tego kawałka swojej historii.

Szef wielonarodowej firmy, w której pracuję, Holender, podczas spotkań z nami powtarza od czasu do czasu:

- My, Holendrzy, działamy. Jest problem do rozwiązania to przedstawiamy propozycje, mówimy „yes or no” i działamy. Raz wyjdzie dobrze, a raz źle, ale generalnie do przodu. Wy zaś, Polacy, z każdego problemu robicie kilkugodzinną dyskusję, by po niej decyzję odłożyć do następnego spotkania.

Odnoszę wrażenie, że o ile ta ocena jest prawdziwa, to w Szczecinie cecha ta skumulowała się szczególnie. Właściwie nie ma projektu, który nie wzbudzałby trwających w nieskończonośc zażartych sporów, protestów, oskarżeń pomysłodawców i twórców o niecne zamiary i.t.d., i.t.p.  No i w efekcie nie ma prawie nic. No, może „nic” to przesada, ale na pewno dużo mniej niż w innych miastach podobnej wielkości.

Takie spory nie pozwoliły na powstanie w rozsądnym czasie pomnika ofiar Grudnia. Dlatego cieszyłem się, że w końcu powstał, chociaż przeciwników miał wielu. Nie jest to cudo, ale lepiej spełnia swoje zadanie niż ewentualne kolejne projekty zamykane w szufladach. I co? Problem tylko częsciowo rozwiązany został, bo okazuje się, że teraz miasto dławi się Aniołem. Co przedsięwzięcie to protesty, że Aniołowi krzywda się dzieje.

Już pomijam fakt, że żądanie „konsultacji z ofiarami Grudnia” wyartykułowane przez przewodniczącego KZSZZ „Solidarność” na Pomorzu Zachodnim (o ile „Kurier” jego wypowiedzi nie przeinaczył) brzmi nieco makabrycznie. Czy miałyby się one odbywać na cmentarzu? Dlaczego jednak obrońcom słusznej sprawy brakuje cierpliwości by poczekać na to, co zaproponują architekci? Jeżeli im nie ufają, to niech wyrażą swoje oczekiwania, jakie taki budynek powinien spełniać, a nie blokują inicjatywy już na starcie. Oczywiście, jeśli na placu stanie zwykły „klocek” to zrujnuje on zarówno przesłanie Anioła jak i otoczenie przyszłej filharmonii (nie mogę się doczekać realizacji tej inwestycji, bo ma szansę stac się prawdziwą wizytówką miasta). Z podanej przez gazetę informacji wynika jednak, że muzeum ma mieć 1200 metrów kwadratowych powierzchni. To nie jest jakaś ogromna połać. Tym bardziej, że n.p. jedną z kondygnacji zapewne bez problemu możnaby upchnąć pod ziemią. Gdyby tak zrobić i gdyby jedno z wejść (albo wyjście) tam się znajdowało możnaby przejście podziemne podciągnąć obok Bramy Królewskiej do wylotu Alei Kwiatowej. W ten sposób powstałby spójny szlak spacerowy od Wałów Chrobrego przez skwerek z Aniołem i Muzeum Przełomów i dalej przez wpisany juz w szczecińską tradycję kwiatowy targ do Placu Żołnierza i dalej Złotym Szlakiem do Jasnych Błoni i dalej.

Dziś wokół Anioła hula wiatr. Wyjątkowy w formie, lecz nie dominujący budynek, w zależności od kształtu i wkomponowania w istniejące otoczenie mógłby sprawić, że powstałby przytulny skwer z pomnikiem i muzeum. Na pewno znalazłoby się tam miejsce na ławki, a budynek działałby jak ekran tłumiący hałas Trasy Zamkowej. Zamykając na przykład pólkolem plac (jak obecnie biegnie prawoskręt z Trasy Zamkowej w ulicę Matejki), chroniłby go przed zgiełkiem (czyż nie łatwiej wtedy o zadumę?) , a wspomnianym podziemnym przjeściem otwierał przyjazną pieszym drogę do kafejek czy tej w Bramie Królewskiej, czy tych (obecnych albo przyszłych) wśród kwiaciarek. A gdyby tak jeszcze pokusić się by ów tunel ucharakteryzowac na oś czasu, która pokazywałaby historię miasta od jego początków, przez panowanie Książąt Pomorskich, przynależność do Szwecji, sprzedaż Prusom, okupację francuską, rozkwit pod panowaniem niemieckim na przełomie wieku XIX i XX i wreszcie Polska po krwawym udaremnieniu szaleństw Hitlera. Każdy z tych okresów wniósł coś do historii Szczecina, co możnaby wyeksponować.

Muzeum Przełomów to nie jedyny kłopot Anioła. W „Gazecie Wyborczej” piszą o problemach z organizacją pewnej plenerowej imprezy 

http://miasta.gazeta.pl/szczecin/1,34959,6762212,Solidarnosc__nie_zaslaniac_Aniola_Wolnosci_.html

Cytowany jest list zachodniopomorskiej „Solidarności”: „Oburzającym dla nas jest to, że w miejscu w którym w 1970 roku polała się krew robotników szczecińskich zakładów pracy, usytuowana została konstrukcja, która zasłoniła pomnik "Anioł Wolności" - czytamy w przesłanym w piątek po południu do redakcji "Gazety" oświadczeniu prezydium Zarządu Regionu NSZZ "Solidarność". "Uważamy, iż w mieście Szczecinie istnieje wiele miejsc, które doskonale nadawałyby się do organizacji tego rodzaju wydarzeń. Ponadto, Prezydium Zarządu Regionu mając na uwagę symbolikę placu oraz szacunek dla osób poległych, rannych i ich rodzin rości sobie prawo do każdorazowego i wcześniejszego konsultowania planowanych imprez kulturalnych w tak ważnym dla nas miejscu".

I znów źle. Jeśli problem, że ciagle go coś zasłania, to może lepiej było od razu kopiec usypać? Ale z drugiej strony... Czy rzeczywiście nie można było pójść na kompromis i zrobić tej imprezy gdzie indziej? Nie dlatego, żeby przyznać rację zacietrzewionym piewcom martyrologii, ale po prostu by wyciszyć spór. Bo atmosfera skandalu, prawdziwego czy wydumanego nie przynosi splendoru ani imprezie, ani pomnikowi, ani miastu. Tylko jak to zrobić, skoro gadulstwo i udowadnianie swoich racji to nasze ulubione zajęcie?

Jiangyin, 27.06.2009; 22:20 LT

piątek, 26 czerwca 2009
PŁYWAJĄCE OGRODY

Dużo ostatnio szumu wokół kontrowersyjnego logo Szczecina, jako miasta pływających ogrodów. I bynajmniej nie o same ogrody chodzi lecz o wyeksponowaną nazwę miasta w transkrypcji fonetycznej.

Lokalne spory dotarły aż do Rady Języka Polskiego. Rada najpierw stweirdziła, że promowanie miasta w ten sposób jest sprzeczne z ustawą o ochronie jezyka polskiego, a następnie, po gruntowniejszym zapoznaniu się z przedstawionym materiałem, wydała salomonową opinię, że logo jest jak najbardziej w porządku jeśli kierowane bedzie do obcokrajowców, natomiast nie powinno być uzywane w stosunku do Polaków.

Jak w dobie globalizacji oraz przygranicznego położenia miasta rozdzielic to co dla Polaków, a co dla obcokrajowców, doprawdy nie wiem. Ostatni taki podział upadł, wydawało mi się wraz z komuną, za której obowiązywały inne ceny w hotelach dla obcych i dla naszych. Myślę, że przy okazji tej sprawy przede wszystkim uwidoczniła się po raz kolejny słabość pięknej w zamyśle ustawy. Pięknej, ale utopijnej, bo jezyk trzeba chronić, ale jak wszytko w granicach zdrowego rozsądku. Nie ma bowiem większej szkody niż tworzenie prawa, które od samego początku z racji swojej natury nie będzie egzekwowane. Tworzy to klimat dla braku poszanowania prawa w ogóle, nawet tego dobrego. Awantura toczy się wokół nazwy, a jakoś nikomu nie przeszkadzają rosnące jak grzyby po deszczu tory do uprawiania bowlingu. Jest bowling w Szczecinie (chociażby w równie polskobrzmiacym „Galaxy”), widziałem neon hali bowlingu w Gdyni oraz w paru innych miastach. I jakoś nigdzie nie natrafiłem na polską, od dawna obecną i akceptowaną nazwą tego sportu: „kręgle”. Takich przykładów możnaby na poczekaniu wyszukać więcej.

Przyglądam się w Chinach tabliczkom z nazwami ulic i drogowskazom. Na większości napisy są dwujęzyczne. Oczywiście można powiedzieć, że to dlatego, iż większość przybyszów nie zna chńskiego alfabetu. To prawda, ale gdyby Chińczycy chronili swój język, pisaliby nadal po swojemu tyle tylko, że uzywając łacińskiego alfabetu. Kraj, który jest głównym kandydatem do przewodzenia światu w najbliższej przyszłości, uzywa języka swojego największego eknomicznego rywala, bo wie, ze zni Wisły ani Jangcy kijem się nie zawróci.

Konia z rzędem temu, kto przedstawi cudzoziemca nieznającego jezyka polskiego, który pomimo prawidłowego zapisu fonetyczneo, właściwie wymówi szeleszczącą nazwę „Szczecin”. Dlatego argumenty, że obecne logo będzie odczytywane jako „szczeczin” uwazam za utrzymane w zbyt alarmistycznym tonie. Dla porządku jednak zmieniłbym napis na właściwy, bo dlaczego promować błędy? Prościej pójść na kompromi i dokonac drobnej korekty niż dyskutować w nieskończoność.

Nowym logiem miasta zachwycony nie jestem. Bardziej przemawaiło do mnie poprzednie „S” stylizowane na nitkę Odry i utrzymane w oficjalnych barwach miasta. Niepokoi mnie też zmiana logo, bo tego typu symbole powinny być czymś trwałym, rozpoznawalnym, a jak można mówić o rozpoznawalności, kiedy dopiero co zakorzeniony znak zastępuje się innym (a prędzej czy później zapewne podobny los spotka sławny już „Szczecin” w wersji fonetycznej).

No właśnie. Sławny. Już dawno spece od reklamy wyymyslili, ze nie ważne czy mówi się dobrze, czy źle, ważne aby się mówiło. Myślę, że nowe logo swoją kontrowersyjnością przez rok swojego istnienia zrobiło więcej dla promocji miasta niż kilka innych poprzednich akcji razem wziętych.

Pomimo wspomnianego braku zachwytu nad logiem „Floating Gardens 2050”, jestem pełen uznania wobec jego niepowtarzalności. Szczecin boi się nowinek. W Szczecinie cnotą jest nijakość, oraz wzdychanie do przedwojennych wzorców niemieckich, jako niedoścignionego ideału.

Nie wszystko musi sie podobać. Nawet największe dzieła bywały potępiane przez współczesnych, a cóż dopiero zwykłe logo. Najważniejsze, że jest zauważalne i prowokuje do gorących sporów. Największą jednak jego obroną, będzie realizacja samego projektu pływających ogrodów. Dopiero wtedy uniknie się śmieszności. O czym warto, by władze miasta pamiętały już teraz, a nie zostawaiły bliżej nieokreslonej wizji następnemu pokoleniu, które będzie decydować o losie grodu Gryfa w okolicach roku 2050.

Jiangyin, 26.06.2009; 00:10 LT

 
1 , 2